Menu

Metal Słuchu Wart

Hammerfall - Glory To The Brave (1997)

metalsluchuwart

hf

Ciężko w to uwierzyć, ale za rok ten album będzie święcił swoje dwudziestolecie! Niesamowite. Przyzwyczajeni jesteśmy, że taki staż pasuje raczej do zespołów typu Iron Maiden, Accept, itp., a Hammerfall to przecież nowa kapela, dopiero co wypromowana przez Nuclear Blast. Niestety upływ czasu jest nieubłagany, a ja muszę być strasznie stary, skoro dla mnie debiut Szwedów to wcale nie tak bardzo odległa historia. Doskonale pamiętam moje pierwsze zetknięcie się z tym materiałem, jeszcze na kasecie magnetofonowej kupionej na szkolnej wycieczce w Zakopanem. Co ciekawe zanim zdobyłem ten album, znałem już większość utworów na pamięć, dzięki niemieckiej telewizji VIVA, która wyemitowała koncert zespołu z festiwalu Wacken Open Air, a który ja oczywiście nagrałem na VHS i wałkowałem niemal non stop. Porównanie ówczesnej oprawy owego występu (a właściwie jej braku) z dzisiejszymi koncertami Hammerfall pokazuje, jak długą drogę przeszła ta grupa i jak wiele osiągnęła. I to na przekór wszystkim, którzy po drodze życzyli im jak najgorzej i wieścili rychły koniec ich kariery. A wszystko to zaczęło się właśnie od „Glory To The Brave”.

Recepta na ten album była banalnie prosta: bierzemy wszystko co najlepsze i jednocześnie najgorsze z repertuaru Accept, Iron Maiden, Helloween i Manowar, a następnie dodajemy trochę surowości charakterystycznej dla zespołów nurtu NWOBHM z Saxon, Angel Witch i Raven na czele. I gotowe. Nic więcej i nic mniej. Wydaje się, że każdy mógł to zrobić bez większego problemu, ale jak pokazuje historia mało komu się to udało na taką skalę. Tym bardziej, że rok 1997 to nie był najlepszy okres dla klasycznego metalu. Wszystko działało na ich niekorzyść, a jednak się udało.
Już pierwsze dźwięki otwierającego „The Dragon Lies Bleeding” powodują w fanach melodyjnego speed metalu eksplozję endorfiny, której poziom w organizmie nie ma prawa zmaleć przez kolejne 45 minut. Każdy następny utwór tylko podtrzymuje ten stan radości. „The Metal Age”, „Hammerfall”, „Unchained”, „Steel Meets Steel” to bardzo zgrabnie zaaranżowane, klasyczne heavy metalowe hymny z potężnymi, rycerskimi refrenami, nośnymi melodiami, ognistymi riffami i tak typowymi dla tego gatunku gitarowymi harmoniami w partiach solowych. Wszystko to jednak bez przesadnego zadęcia i silenia się na wirtuozerskie popisy. Tak się to robiło w latach 80-tych i tak jest dobrze. Ktoś mógłby postawić zarzut powielania przestarzałych schematów, zjadania cudzych ogonów, prób wskrzeszenia tego co już dawno umarło i poniekąd byłby to zarzut słuszny. Tylko, że w przypadku tej płyty to zadziałało lepiej niż powinno. A dość surowe brzmienie, stylizowane lekko na poprzednią dekadę, na pewno w tym pomogło. Repertuar uzupełniono o dwie tak zwane ballady, które na heavy metalowym albumie musiały się po prostu znaleźć. Tak nakazuje tradycja. Na szczęście nie są to utwory wciśnięte na siłę, ale naprawdę udane kompozycje. O ile ta pierwsza, „I Believe” może nieco razić topornością, o tyle drugiej, będącej jednocześnie utworem tytułowym nie można zarzucić braku polotu i chwytających za serce dźwięków. To najlepszy pod względem wokalnym moment płyty. Jasne, że Joacim Cans nie należy do wybitnych wokalistów i nawet nie próbuje udawać, że jest inaczej. Jednak wpasował się w charakter tej muzyki idealnie. Operuje oczywiście w wyższych rejestrach, zahaczając nierzadko o falset i trzeba przyznać, że nieco słodkawa i delikatna barwa jego głosu dodaje partiom wokalnym uroku. W przeciwieństwie do kolejnych płyt, gdzie warsztat Joacima uległ znaczącej poprawie, tutaj da się jeszcze odczuć surowość i młodzieńcze nieokrzesanie, bez których „Glory To The Brave” straciłby sporo.
Nie chce mi się analizować składu zespołu w owym czasie, bo był on tak dziwacznym tworem, że szybko bym się pogubił. Na przykład jeden z głównych założycieli i kompozytorów zajął miejsce producenta, perkusista nie został wymieniony jako członek zespołu, a gitarzysta, który za chwilę stał się pełnoprawnym członkiem grupy wystąpił jako muzyk sesyjny, dogrywając jedną, czy dwie solówki. A to tylko początek. Stały skład miał się uformować dopiero przy okazji koncertów promujących album.

Fajnie się słuchało „Glory To The Brave” w 1997 roku, fajnie się go słucha teraz i zapewnie równie fajnie słuchałoby się go w latach 80-tych. To taka płyta totalnie odporna na upływ czasu. I może dlatego tak ciężko uwierzyć w to, że za rok ten album będzie święcił swoje dwudziestolecie!

© Metal Słuchu Wart
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci