Menu

Metal Słuchu Wart

SCANNER – Hypertrace (1988)

metalsluchuwart

ScannerHypertrace471801

Czego potrzeba, aby odnieść sukces? Ciężkiej, mozolnej pracy? Talentu? Szczęścia? A może wszystkiego po trochu? Czy udział procentowy tych czynników w podbijaniu świata powinien być równy, czy może któryś z nich zasługuje na bycie najważniejszym? Ciężko stwierdzić i zapewne każda osoba odpowie na to pytanie nieco inaczej. Faktem jednak jest, że cały wysiłek i talent może zostać zaprzepaszczony jeśli zabraknie tego nieuchwytnego, niemożliwego do zdefiniowania pierwiastka, jakim jest szczęście. Szczęście pojawienia się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie, szczęście polegające na przyciąganiu właściwych osób i wreszcie to najważniejsze determinujące sploty sprzyjających wydarzeń. Lub jak kto woli – pomyślny zbieg okoliczności.

Wiele dobrych zespołów przepadło bez wieści właśnie dlatego, że zabrakło im szczęścia. Jednym z nich jest niemiecki Scanner. Powstały w 1986 roku wydał dwie płyty i na kilka ładnych lat słuch po nim zaginął. Owszem, grupa doczekała się powrotu, ale był to już tylko cień jej dawnego oblicza. Jakby tego było mało, po nagraniu kolejnych dwóch krążków rozpadli się ponownie, aby sześć lat później, w 2002 roku powrócić raz jeszcze. Tyle, że za każdym razem był to kompletnie inny zespół, którego oprócz nazwy z jego oryginalnym wcieleniem łączyła jedynie osoba gitarzysty, Axela A.J Juliusa. Aby tradycji stało się zadość światło dzienne ujrzał wtedy zaledwie jeden album, po czym nastąpiła najdłuższa w ich historii, bo niemal trzynastoletnia, przerwa w działalności. Teoretycznie kapela cały czas żyje, ale wydany w zeszłym roku „The Judgement” to raczej ciekawostka dla najbardziej zagorzałych fanów, niż cokolwiek co może wynieść zespół na piedestał.

Dlaczego zatem napisałem, że Scanner jest zespołem, o którym słuch zaginął skoro oficjalnie wciąż działa i coś tam nagrywa? Bo jak dla mnie skończył się on w 1989 roku, wraz z wydaniem drugiego krążka zatytułowanego „Terminal Earth”. Każde kolejne wydawnictwo nagrywał już inny zespół, choć oczywiście teoretycznie ciągle ten sam. I żadna następna płyta nie dorastała do pięt dwóm pierwszym, z oczywistym wskazaniem na debiut.

„Hypertrace” to mistrzostwo świata w swoim gatunku. Jest tu wszystko o czym miłośnik melodyjnego speed metalu może marzyć. Nawiązania do wczesnych dokonań Helloween, Rage i Running Wild są bardziej niż oczywiste. Można tu znaleźć również delikatne naleciałości thrash metalowe spod znaku Metalliki i Anthrax. A całość jest nieprzyzwoicie wręcz chwytliwa. Za tak nośne refreny, jak te w „Across The Universe”, albo „Killing Fields” członkowie wyżej wymienionych grup daliby się pewnie pokroić. I daliby też pokroić swoje żony. Nie wspominam już nawet o utworze „Terrion”, bo to, że tak cholernie przebojowy kawałek nie został numerem jeden na listach przebojów wszelkiej maści to doprawdy skandal. Większy nawet niż nie umieszczenie zegarka za 10 tysięcy PLN w oświadczeniu majątkowym. Od czasu, gdy po raz pierwszy usłyszałem ten refren, nie opuścił on mojej głowy i daje o sobie znać co jakiś czas w postaci mniej lub bardziej bezwiednego podśpiewywania. Ten album ma w sobie tyle energii, że spokojnie mógłby zasilić w prąd dowolne miasto wojewódzkie. Najwięcej generuje z pewnością wokalista. Michael Knoblisch to bezapelacyjnie jeden z najbardziej znienawidzonych przez psy śpiewaków. Potrafi zawyć tak wysoko, że ciary przechodzą po całym ciele. Zupełnie jakby włożyć palec (lub coś innego) do kontaktu. To, co ten facet wyprawia zakrawa nieraz o absurd, ale słucha się go z niewypowiedzianą frajdą. Uwielbiam ten głos. Niestety na kolejnym wydawnictwie zespołu już się nie pojawił. O riffach i solówkach można by napisać książkę. A konkretnie podręcznik do nauki grania heavy metalu. Wszystko jest bardzo klasyczne i zgodne ze sztuką, ale jednocześnie nie czuć tu sztampy. Czuć za to niekłamaną radość i szczerość, czyli to co definiuje wysokiej jakości muzykę. Ach te gitary, palce lizać.

Przy tych wszystkich zaletach, Scanner nie został jednak gwiazdą pierwszego formatu. Czego zabrakło? Moim zdaniem właśnie szczęścia. Możliwe również, że zespół nieco się spóźnił i zamiast być jednym z prekursorów takiego grania, był jedynie (a może aż) jego przedstawicielem. Fenomenalnym, utalentowanym, ale jednym z wielu. Zmiana na stanowisku wokalisty tuż po debiucie też Niemcom na pewno nie pomogła. Słuchając „Hypertrace” robi się trochę smutno, że tak ogromny potencjał został zmarnowany. A może trzeba się jednak cieszyć, że dzięki tej płycie (i następnej również) możemy się raczyć tak fantastyczną porcją bezpretensjonalnego speed metalu? Przyjmijmy zatem, że Scanner nie nagrał TYLKO dwóch świetnych albumów, ale AŻ dwa!

© Metal Słuchu Wart
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci