Menu

Metal Słuchu Wart

TYGERS OF PAN TANG – Tygers Of Pan Tang (2016)

metalsluchuwart

tygersofpantangselftitledcd

Nie wiem czemu w ogóle sięgnąłem po tę płytę. A jeszcze większą zagadkę stanowi dla mnie odpowiedź na pytanie, dlaczego poszedłem z nią do kasy. A już kompletnie nie rozumiem, co mną kierowało, że postanowiłem jeszcze za to zapłacić. Może to ta okładka? Jaskrawa, kolorowa, z płomieniami okalającymi wybuchającą Ziemię i górującym nad nią tygrysem. Bardzo prawdopodobne, że to było właśnie to. Nigdy bowiem za Tygers Of Pan Tang nie przepadałem. Właściwie to nie miałem nawet okazji, żeby bliżej zaznajomić się z ich twórczością, bo zawsze jakoś tak się składało, że omijałem ich produkcje szerokim łukiem. Nie żeby specjalnie, tak się po prostu składało. Miałem zatem ten komfort, że mogłem podejść do ich najnowszej produkcji bez żadnych uprzedzeń i oczekiwań. Ot, kolejny album kupiony w ciemno, co do którego nie żywiłem większych nadziei na dłuższą przyjaźń. Srogo się jednak pomyliłem.

„Tygers Of Pan Tang” to rewelacyjna płyta! I na tym mógłbym właściwie poprzestać, bo wszelka argumentacja tej tezy i tak nie zastąpi dźwięków, które wypełniają srebrny (lub czarny dla miłośników winyli) krążek. Kompletnie nie mam pojęcia jak brzmiały poprzednie dokonania zespołu, ani te wczesne, ani te po reaktywacji. Zerknąłem jedynie z ciekawości do Internetu, żeby sprawdzić, czy przez te wszystkie lata skład był w miarę stabilny, czy może odwrotnie. I jak to zwykle bywa z zespołami, które w pewnym momencie przepadły w tłumie, roszad było co niemiara. Z tego co wyczytałem, w obecnym składzie jedynie gitarzysta Robb Weir jest od samego początku istnienia grupy, a reszta doszła w którymś tam momencie. Mam to gdzieś, liczy się to co teraz grają. A grają wręcz fenomenalnie.

Album jest z jednej strony bardzo klasyczny, nawiązujący w prostej linii do tradycji New Wave Of British Heavy Metal, a jednocześnie brzmi bardzo świeżo. Produkcja jest nowoczesna, ale ta nowoczesność brzmienia nie zabija istoty przekazu i cały czas słychać, że zespół wywodzi się z czasów, w których na scenach królowali Saxon, Angel Witch, Judas Priest i oczywiście Iron Maiden. Szybkie, melodyjne „Only The Brave”, „Never Give In”, czy „Devil You Know” spokojnie mogłyby powstać 35 lat temu i jakością nie ustępowałyby utworom wyżej wspomnianych tuzów. Ach te soczyste, rwące riffy. Proste, ale w żadnym razie nie prostackie. To kręgosłup tej płyty, jej trzon. Tak jak kiedyś, gdy solidny riff stanowił podstawę kompozycji, wokół której budowana była cała reszta. Dzisiaj niestety jest inaczej i na wielu albumach zasłużonych zespołów, na próżno szukać jakichś zapadających w pamięć riffów. A przecież tym stoi heavy metal, to jego istota. Na szczęście na „Tygers Of Pan Tang” jest ich bez liku. Aż noga sama zaczyna się ruszać, a głowa bezwiednie macha się w górę i w dół przy dźwiękach nieco nostalgicznego w warstwie tekstowej „Do It Again”. Kwintesencja stylu. Ale żeby nie było tak jednowymiarowo, zespół zdecydował się zapuścić w rejony amerykańskiego southern rocka i taki „Glad Rags” spokojnie mógłby się znaleźć na jednym z krążków Lynyrd Skynyrd. Podobnie jest z coverem „I Got The Music In Me” nieznanej mi zupełnie grupy Kiki Dee Band. Stylistycznie utwory te odbiegają nieco od reszty, ale jakościowo jest nadal wybornie. Zresztą ostatnie płyty Lynyrd Skynyrd uwielbiam, więc tego typu dźwięki chłonę całym sobą. Nie zabrakło również obowiązkowych ballad, tutaj w postaci sprawnie zaaranżowanej „The Reason Why” i emocjonalnej, akustycznej miniaturki „Angel In Disguise”. Ale prawdziwą wisienką na torcie, swoistym punktem kulminacyjnym albumu jest „Praying For A Miracle”. Ta pół-ballada to istny majstersztyk melodii, aranżacji i wykonania. Zdecydowanie najjaśniejszy moment płyty, w którym wokalista Jacopo Meille dosłownie błyszczy. Prawdę mówiąc jego głos to jedna z najmocniejszych stron tej produkcji, jako całości. Nie ujmując pozostałym muzykom oczywiście. Jego śpiew, choć nieco wycofany w miksie, nieco zbyt przykryty przez gitary (moja opinia), napędza te utwory i nadaje im charakteru. I jak cała reszta jest do bólu klasyczny.

Nie będę się wygłupiał i wymyślał, że album mógłby być lepszy gdyby zagrali na nim oryginalni członkowie z Johnem Sykesem na czele, bo nie słyszałem (a właściwie to może i słyszałem, ale nie pamiętam) tego, co stworzyli do tej pory. Dla mnie liczy się fakt, iż w zalewie bezpłciowych płyt, pod którymi uginają się sklepowe półki można trafić na takie perełki, jak najnowsza produkcja Tygers Of Pan Tang. Serce rośnie, a uszy się cieszą. Świetny, rasowy, bezpretensjonalny kawał klasycznego heavy metalu. Słuchajcie i radujcie się. Tak jak ja.

© Metal Słuchu Wart
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci